Nie to, żebym płakał.
Dominik Kaznowski – postać roku polskiego internetu o czym dowiedziałem się przy okazji ogłoszenia listy laureatów śmiesznych statuetek co to WebStarami się zwą – obnażył się na swoim blogu i wyjawił, że jego organizm się wypalił i ogólnie czuje się załamany. Nie przyznał się do tego bezpośrednio, ale łatwo wychwycić to z tych słów (takie potwierdzenie przez zaprzeczanie):
A teraz – pośrednio – głosy niezadowolenia z jakości moich wpisów (choć nie tylko) uświadamiają mi (coraz dobitniej), że blogi wypaliły się (w jakimś sensie). Osobiście nie czuję się wypalony – robię, piszę, rozmawiam, działam jeszcze więcej (wielokrotnie) niż wcześniej.
W swojej (końcowej) notce zwierza się, że pisanie bloga nie cieszy już go tak bardzo jak kiedyś. To smutne. Biedaczek, ma rozterki z powodu tego, że chciałby wyrażać swoje prawdziwe zdanie, ale zbyt wiele osób go zna (och, wow, celebryta!!!) i z tego powodu musiałby powstrzymywać się od wyrażania “przemyśleń”. Co więcej, demaskuje swoja lisią kitę:
Mam również pomysły na zamknięcie dostępu do niego (tylko dla znajomych) i pisania tego co tak naprawdę myślę o rynku (teraz przecież nie da się pisać “do końca” – za dużo znam osób z branży – koniunkturalizm?).
Jednym słowem ma wewnętrzny dylemat czy lepiej jest mieć, czy jednak być? Zresztą podobne dylematy miewają na początku swoich karier przydrożne dziwki, ale po kilku numerkach wiedzą, że mieć to podstawa dzisiejszych czasów. Spoglądając na to iloma rodzajami reklam mieni się kaznowski.blox.pl wydaje się, że i Kaznowski skłania się ku posiadaniu. Zresztą nie tylko on, wystarczy spojrzeć na merytorycznie słaby antyweb.pl z notkami o pseudointelektualnym wydźwięku, kipiącymi wręcz błędami ortograficznymi. Można by rzec, że Marczak do perfekcji opanował metodę Kopi-Pejsta. Tu prośba do was, może jakaś ściepa dla autora antyweb.pl na słowniki: języka polskiego i ortograficzny? Albo chociaż niech ktoś mu podpowie, że istnieją dodatki do przeglądarek sprawdzające pisownię.
W dalszej części swojego wpisu Kaznowski zastanawia się nad wszędobylskim lansem uprawianym przez blogerów. Chciałoby się rzec spójrz pan na siebie. I spojrzał, ale w perspektywie ostatnich dwóch miesięcy, tylko:
Mam poczucie winy (…), że blogerzy starają się wykorzystywać wszelkie okazje branżowe do własnego lansu, a nie próbują już tworzyć jakiejś “wyższej jakości”.
Sam zresztą w ostatnich 2 miesiącach wpadłem w tą pułapkę. Tak, wiem że moje ostatnie wpisy niewiele wnoszą. Co jednak począć? Tkwić w tym klinczu?
Moim skromnym zdaniem wpisy Kaznowskiego, Marczaka czy innego samozwańczego eksperta od początku nakierunkowane były na poklask, a nie na merytoryczną wartość zasilaną przez subiektywne opinie. Teraz sam Kaznowski utyskuje, że blogerzy to nic innego jak lanserzy, że uczestnicy wszelkiego rodzaju campów liczą na sukces w kategorii self-promo. W moich oczach – tu pewnie większość z czytających poczuje się dotknięta, ale szczerze pisząc mam to w głębokim poważaniu – wszelkie campy srampy, tuby sruby to nic innego jak imprezki z udziałem tych, którym coś się wydaje i tych, którzy marzą by im się wydawało. Być może to zbyt wielkie uogólnienie, ale prawda jest taka, że w większości przypadków są to obecni i przyszli wyznawcy pomysłów oraz treści “znanego przedsiębiorcy” Kopi-Pejsta, codzienni nieudacznicy, krasomówczy prelegenci.
W dalszej części wpisu bohater tejże notki ponownie zasypuje swoją głowę i głowy swoich czytelników pytaniami:
Pozostać niszowym blogerem piszącym do wąskiej grupki fanów wiernych bez względu na to co się napisze? A może pójść w komercję i zamienić bloga w serwis?
Fanklub Kaznowskiego, a to dobre. Zastanawiam się, czy jednak nie namówić tego zabawnego człowieczka, by pozostał przy pisaniu. To lepsze jest niż czytanie basha.
Może tak po prostu wystarczy zastanowić się po co to puszenie i pompowanie ego? Określenie swoich czytelników fanami brzmi niedorzecznie, a cały wpis świadczyć może o niespełnionych marzeniach autora, który zamiast świecić najszczerszym blaskiem wali po oczach blichtrem i emanuje próżnością. Zresztą musi czuć się bardzo zawiedziony niską frekwencją w komentarzach pod wpisem. Może liczył na prośby “nie, nie kończ!”, “nie zamykaj!”, “kochamy cię, bejbe”. Uważam, że nie zamknie, a jak zamknie to zaraz się otworzy (jak chociażby swego czasu netto). Tacy jak Kaznowski, czy Jagodziński potrzebują głosów klakierów, nieustającego poklasku i wirtualnej audiencji. Bez tych “narkotyków” nie potrafiliby istnieć i funkcjonować w świecie 2.0.
Blog “Ja, RAFi” doskonale radzi sobie bez reklam. Chociaż prywatnie uwielbiam reklamy zwłaszcza wtedy, gdy są majstersztykami zarówno w postaci wideo jak i te drukowane. Dlatego też istnieje kategoria “Reklamy”, w której znajdziecie z radością umieszczane przeze mnie perełki. Oczywiście jestem hedonistą, ale środków na spełnianie moich zachcianek nie pozyskuję oblepiając bloga reklamami badziewnych produktów i usług, których nigdy bym nie nabył. Kłóciłoby się to z moim wewnętrznym przekonaniem o granicach dobrego smaku i rozróżnieniu prywatnego poletka od komercyjnej działalności.
Bardzo ważne jest to, by nie zatracić się w chciejstwie. Pazerność gubi. Dodając do tego wyżej wymienioną próżność mamy efekt w postaci notki “Koniec” na blogu załamanego i lekko zdołowanego Dominika Kaznowskiego. Zawsze, gdy stajesz na rozdrożu przed dylematem “w którą stronę iść?”, możesz wybrać to czy pozostać sobą, czy przestać istnieć.