Barrack Obama wygrał wybory prezydenckie w USA. Wygrał dlatego, że miał większe wsparcie finansowe czy może więcej naobiecywał lub jak kto woli – nakłamał? Sytuacje z jego kampanii wyborczej przypominają mi deklaracje i obietnice jakimi karmił Polaków Donald Tusk. Hasła “miłość”, “cud”, “druga Irlandia” po przeszło roku odkąd Platfroma Obywatelska wygrała wybory dawno poszły w zapomnienie. Miłość w wykonaniu Donalda Tuska w ostatnich czasach miała postać zupełnie odwrotną. Walka o krzesełko, miejsce w samolocie, przepychanki rodem ze szkoły podstawowej – no dobrze – może i szkoły średniej. Przecież to mądry powinien ustąpić głupszemu. Tym drugim zdaje się być prezydent Kaczyński. Chociaż patrząc na wyczyny premiera Tuska zaczynam powątpiewać czy, aby na pewno tytuły naukowe nie idą w parze z mądrością.
Obama z jednej strony miał znacznie gorzej od Tuska. Dlaczego? Chociażby dlatego, że znienawidzony Bush nie był nienawidzony przez ogrom rodaków, tak jak miało to miejsce w polskich warunkach i w odniesieniu do braci Kaczyńskich. Polacy mieli dość komedii, farsy i niekompetencji zakompleksionych braci i ich przydupasów. Tusk uspokoił nastroje społeczne, ale tak naprawdę nie zrobił nic, co wpisywałoby się w szereg jego obietnic. Z drugiej strony Obama z uzbieranymi z datków pieniędzmi (ponad 250 mln dolarów) na kampanię wygrał wyraźnie. Pozostaje mi tylko zastanawiać się czy zwroty “change”, czy “yes we can” nie będą amerykańskimi odpowiednikami polskich “miłość”, “cud”, “druga Irlandia”?
I kończąc już zastanawiam się, w jaki sposób Lech Kaczyński poszerzy grono fikcyjnych nazwisk postaci, które wymyśla w oparciu o istniejących ludzi, wypowiadając się nt. nowego prezydenta USA. Może to będzie np. Barama Osama? Pasuje jak ulał do Borubara i Rokera Perejro.